Relacje
Mandżuria 2010-2011 – II część relacji z wyprawy fotograficzno-filmowej


2.01.2011r. – 10.02.2011r.
Wcześniejsze spotkanie z chińskim fotografem, znającym doskonale te tereny i zamieszkujących tu ludzi, zaowocowało masą świeżych informacji. Powiedział mi m.in., że powinienem ominąć okolice Mangui, w których nie ma nic ciekawego. Co robię? Oczywiście jadę dokładnie tam. To nie tylko przekora, ale też doświadczenie – tam gdzie wg tubylców nic się nie dzieje, tam często dzieje się najwięcej…:) Teren okazał się typowo przemysłowy, każde miasteczko gęsto zasiane lasem kominów, dziesiątki hałaśliwych fabryk. W tej zadymionej krainie natknąłem się na ślady życia Mandżurów(!), ale Ewenków, których odnalezienie jest moim głównym celem, nadal nie spotkałem. Ich poszukiwania trwają już od wielu dni, powoli tracę siły i nadzieję, morale spadło do zera. Czasem ktoś rzuci słowo na ich temat, wskaże kierunek, ale jak się później okazuje – zawsze mylnie. Kręcę się w kółko, aż w końcu docieram do Genhe. A tam…
PASTERZ
Olbrzymi wysiłek włożony w drogę, zmagania z temperaturą, zimnym wiatrem i ciężarem bagażu, w końcu się opłaciły! Mimo spękanej, poranionej od mrozu skóry i gigantycznej zmarszczce, która wyszła mi dziś pod okiem (podejrzewam, że w wyniku uszkodzenia jakiegoś nerwu) jestem przeszczęśliwy!:) W końcu, po wielu tygodniach poszukiwań odnalazłem prawdziwego Ewenka!!! Nadal nie mogę w to uwierzyć. Stara się żyć jak jego przodkowie, pasie renifery, poluje (choć jest to już zakazane przez władzę), przez okrągły rok mieszka w leśnej jurcie, niezależnie od temperatur. Tradycyjnych ubrań niestety już nie nosi, ale nie szukam tu skansenu, a jedynie naturalności. Na początek – musowo herbatka:) Po 1,5 godzinnym podgrzewaniu na palenisku lodu z pobliskiej rzeki, doczekaliśmy się wrzątku. W międzyczasie dowiaduję się, że jemu podobnych już nie znajdę, pojawiają się czasem latem, ale uciekają wraz z nadejściem pierwszych mrozów. Dotarło do mnie, że doświadczam czegoś absolutnie unikatowego! Kultura chińskich Ewenków, ich niezwykła tradycja właśnie umiera…
I niestety nie dzieje się to naturalnie, bo swój niemały wpływ wywarła Rewolucja Kulturalna i przewodniczący Mao. Władze dążyły do kulturowego ujednolicenia, niszcząc tym samym dorobek kilkudziesięciu pokoleń mniejszości narodowych. Ich działania zbierają teraz swoje żniwa…


Tekst, zdjęcia: Paweł Chara
Współpraca: Aleksandra Franków, Aneta Dec
Całość relacji na stronie Rzeszowskiej Akademii Fotografii. Zapraszamy do lektury!
Mandżuria – wyjątkowa relacja z wyprawy fotograficzno-filmowej Pawła Chary


8. XII. 2010r. – 1.01.2011r.
Już na samym początku zaczyna się psuć. W Berlinie śnieżyca, loty mają spore opóźnienia, na lotnisku nerwowa atmosfera. Mój również przesunięto. Wszyscy czekamy na komunikat o wznowieniu startu. Kiedy po 2 godzinach drzwiczki odpraw otwierają się ponownie, zaczynam czuć smak wyprawy!
Kołujemy po płycie lotniska dobre 2 godziny, śnieżyca wciąż przybiera na sile i w końcu dowiadujemy się, że lot jest zbyt ryzykowny i zostaje odwołany. Trafiam do dłuuugiej kolejki pasażerów chcących przebukować bilet. Najwcześniejsza opcja to lot przez Frankfurt, 11 rano następnego dnia. Po nocy spędzonej w berlińskim hotelu wracam na lotnisko. Od razu uderza mnie widok tablicy odlotów, na której przeważa słowo ?cancel?. Już po chwili wiem na pewno – czeka mnie następny dzień w kolejce. Wszędzie tłumy ludzi, niektórzy są tu uziemieni od kilku dni, napięcie wisi w powietrzu. Najpierw próbuję dostać się do okienka British Airways, stamtąd odsyłają mnie do Lufthansy, a ostatecznie dostaję bilet chińskich linii Hainan Airlines, które ponoć swoich lotów nie odwołują nigdy. Mija następna doba i po niemal 3 dniach spędzonych na lotnisku udaje mi się w końcu wylecieć. Bezpośredni kierunek – Pekin!
Pekin
W samej stolicy planuję zostać krótko, maksymalnie 4 dni na załatwienie wszystkich formalności związanych z wyprawą i na wcześniej już umówione spotkanie z szefem chińskiego wydania National Geographic Traveler! To spotkanie daje mi promień nadziei i myśląc już bardziej pozytywnie planuję kolejny etap. Jednak już nazajutrz okazuje się, że kupno biletów na pociąg do Harbinu – stolicy Mandżurii, wcale nie będzie takie łatwe. Zajmuje mi to aż 2 dni! Ale już sama podróż – ok.1250 km w fotelach lotniczych, to tylko nieco ponad 7 godzin. Wciąż zaskakują mnie te skrajności i ta nieświadomość przeciętnego chińczyka o potędze własnego kraju, nie wiedzą jak są wielcy…
Już w pociągu zaczynam czuć osłabienie, z godziny na godzinę jest gorzej, temperatura na zewnątrz w miarę podróży diametralnie spada (Pekin -2C, Harbin -18). Będzie ciężko. Dojeżdżam na miejsce i czuję, że mój plan spędzenia tu dwóch dni (na załatwienie pozwoleń na poruszanie się blisko granicy) będzie nierealny. Od razu ląduję w chińskim szpitalu, jestem zmuszony zostać tu parę dni dłużej, żeby dojść do siebie. Nie mogę ryzykować, bo w kolejnym punkcie wyprawy, a tak naprawdę to w tym pierwszym – właściwym, bo bliskim Amurowi, temperatura spadła dziś do -42 stopni! Choroba nie ustępuje, a mnie nosi, mam aż tydzień opóźnienia! Spędzam tu chińskie święto nadejścia zimy (22grudnia), które nie jest obchodzone zbyt hucznie i polega na zajadaniu się tradycyjnymi pierogami (tzw. jiaozi, czyt. dżao-dzy). I tutaj też jestem zmuszony spędzić wigilię. Tradycyjnie postanawiam uczcić ten dzień 12 potrawami. Szaleństwa nie ma, jest za to czosnek, cebula, chińskie korzonki, ujgurski chleb – naan – (pierwotnie przywieziony z Persji, znany też jako “chleb indyjski”) i 8 innych dziwacznych “dań”:) Po kolacji zapada trudna decyzja – mimo choroby jadę dalej, 800km na północny zachód, do ponad 200-tysięcznego miasteczka Hailar. Tam robię tylko krótki postój, by jak najszybciej dotrzeć do Mohe, a stamtąd … już tylko 100km do Amuru!

Chiński fotograf.
Nad graniczną, dla mnie mistyczną rzeką mam spotkać się z chińskim fotografem, pracującym w tych stronach od 30 lat. Rozmowa z nim jest dla mnie niezwykłym źródłem informacji, bardzo konkretnych i pomocnych, ale niestety też źle rokujących… Muszę diametralnie zmienić swoje plany, okazuje się bowiem, że nie znajdę Ewenków ani Oroczenów tam gdzie wcześniej zakładałem. Oroczeni mieszkają jakieś kilkaset kilometrów od miejsca, w którym się znajduję, a Ewenków żyjących naturalnie i zgodnie ze swą kulturą w zasadzie już nie ma! Informacje, do których dotarłem wcześniej, głównie poprzez internet, okazały się być dawno już nieaktualne i przekłamane. Już parę dobrych lat temu wszystkie dziko żyjące ludy zaczęto sukcesywnie ‘ucywilizowywać’, wciskano ich kolejno do bloków na obrzeżach pobliskich miast, tak by mieć nad nimi jakąkolwiek kontrolę. Dziko żyjących pozostało ich już niewielu. Zatem ostatni przedstawiciele tych ludów, którzy uchowali się od przesiedlenia, są rozrzuceni wzdłuż rzeki, na olbrzymich połaciach niezwykle trudnych – skutych lodem terenów. Moje zadanie odnalezienia ich, poznania i uwiecznienia wydaje się być teraz co najmniej nierealne! Ale nie tracę nadziei, ruszam na ich poszukiwanie!

Tekst, zdjęcia: Paweł Chara.
Współpraca: Aneta Dec, Aleksandra Franków.
Całość relacji na stronie Rzeszowskiej Akademii Fotografii – Zapraszamy!


